Szepty Książek

z miłości do dzieci i książek

Gdy pojawia się rodzeństwo.

Gdy pojawia się rodzeństwo.

Gdy pojawia się rodzeństwo.

Autor: Izabela Erdmann-Waniewska

Wpadł mi w oko tekst o młodszym rodzeństwie.
I wiecie co? Trafiony w punkt.

Jednak chciałabym podzielić się z wami jak to wyglądało u nas.
Nowy członek naszej rodziny był wymarzony i wytęskniony.
Przyjęty z oczekiwaniem.
Przeze mnie.
Wszak to moim marzeniem jest posiadanie gromadki dzieci (czytający to mężu, postaram się działać z umiarem ;p ). To moje życiowe wartości skupiają się wokół rodziny, wspólnoty, bliskości i ciepła.

Jednak gdzieś obok- dotychczas całkiem niedaleko była ona.
Mała dziewczynka z jasnymi włosami i zadziornym uśmiechem.
Mój pępek świata. Do czasu pojawienia się Kropka zwanego Maleństwem.
Ideologicznie wszystko poukładałam w głowie. Wiem jakie są zalety i wady posiadania rodzeństwa.
W wyniku niesprzyjającego układu losu wiem też jakie są zalety i wady braku rodzeństwa- mój brat zmarł czyniąc mnie niejedynaczką w wieku 23 lat. O zaletach tego etapu nie umiem zatem obiektywnie pisać.
Jednak ta zadziorna dziewczynka nie miała wyboru. Nikt jej nie pytał o zdanie w tej kwestii. Po prostu uznaliśmy, że tak będzie dla niej lepiej.
Tak uznaliśmy my dorośli oceniając sytuację z naszego dorosłego punktu widzenia.

Przygotowywaliśmy ją do tej roli starannie.
Poinformowaliśmy ją jako pierwszą- wszak to w jej życiu miały zajść największe zmiany.
I cokolwiek miałoby się wydarzyć- wszak wiele osób tłumaczyło nam, że Kropek nie jest jeszcze niczym pewnym- w naszym życiu zaistniał i radości i smutki z tym związane chcieliśmy przeżywać razem.

I ten okres oczekiwania przepełniony był stresem, który udzielał się także tej małej dziewczynce.
Oto stała się ona towarzyszem wielu niedogodności jakie ciąża ze sobą niosła.
I ponownie- nikt nie pytał jej o zgodę. O ile my dorośli mieliśmy świadomość trudności wynikających z naszej decyzji, o tyle ona musiała je po prostu przyjąć. Mama znowu stała się niedostępna.

Całą ciążę zmagałam się z huśtawkami emocjonalnymi, zarówno moimi jak i mojej trzylatki.
Jeśli dodać do tego ciągłe nudności, wymioty i infekcje wirusowe trwające niemal 9 miesięcy można wyobrazić sobie jak idealne okazały się te nasze „przygotowania”.

Chciałam mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, chciałam by moja ukochana córeczka nie poczuła się porzucona by- idąc za poradnikowymi sugestiami- miała wielką frajdę z okresu kiedy będę w szpitalu.
Była zatem angażowana w przygotowania, chodziła do przedszkola by jej rutyna wyglądała niemalże tak samo, by jej świat nie stanął na głowie.

Nawet z samego wyjazdu na planowe przyjęcie do szpitala zrobiliśmy dzień z atrakcjami.
Zabraliśmy ze sobą rowerek tak by podczas oczekiwania na przyjęcie mamy do szpitala na izbie przyjęć mogła pojeździć z tatą po pobliskim lasku bielańskim.

I nagle świat stanął na głowie. Zostałam przyjęta na oddział i nawet nie zdążyłam się pożegnać z córką. Z braku miejsc wylądowałam na porodówce a tam mogłam zapomnieć o wizycie trzylatki.
Tę noc przepłakałam w towarzyszącym mi zza ściany krzyku rodzących kobiet.
Zebrałam się w sobie by telefonicznie pożegnać się z córką. Miałam świadomość, że gdy zobaczymy się kolejny raz- wszystko będzie już inne.

W szpitalu spędziłam 12 dni. 12 dni, które zaważyły na tym jak wyglądają teraz moje relacje z córką.
Osamotniona, w oczekiwaniu na Maleństwo przepłakałam wiele godzin. Nie wiem ile przepłakała moja córeczka.
Po skomplikowanym porodzie, komplikacjach poporodowych wymagających reoperacji i izolacji od nowonarodzonego dziecka, otarciu się o depresję poporodową i wielu godzinach samotnych rozmyślań wróciłam do domu.
Z zawiniątkiem. Z nowym członkiem rodziny. Z naszym Kropkiem.
Z Maleństwem.

W ogarnięciu rzeczywistości pomagała nam opiekunka  i uwielbiana przez moją córeczkę ciocia.

I oto wtedy stanęła w drzwiach. 96 centymetrów, blond włoski, błękitne oczy.
– Czy Iruś już jest w domu?- zapytała?
Moja mała córeczka była już taka duża!
Zdawało się, że od naszego ostatniego spotkania minęły miesiące a nie dni.
A ona jakby mnie nie dostrzegła.
Wtedy wiedziałam już, że ją straciłam. Nie całą oczywiście.
Nadal mnie kochała na swój dziecięcy sposób. Jednak straciłam już tę jej uwagę, tę czujność.
Byłam.
Jednak skoro potrafiłam zniknąć tak ot to czy warto przywiązywać się do tego, że znowu jestem?

Ten etap trwał kilka tygodni i był bardzo trudny zarówno dla mnie jak i dla mojej córeczki.
Wielokrotnie mnie odrzucała wybierając tatę czy opiekunkę- te stabilne, stateczne osoby które nie znikają.
Nie mają w zwyczaju pojawiać się i znikać.

Staraliśmy się by pierwszy okres był dla niej atrakcją. By uczestniczyła w przygotowaniach do kąpieli, by była świadkiem karmienia piersią- czego sama nie była uczestnikiem- by widziała jak szczęśliwa jestem jako matka dwójki.

Jednak to wszystko było tylko pozorami. Borykałam się z myślami jak to możliwe, że mimowolnie chronię młodsze, jak to możliwe, że niecierpliwię się gdy starsza robi coś nie po mojej myśli.
Jak to możliwe, że irytuje mnie wieczorne kładzenie dzieci spać, że jestem zbyt zmęczona by bawić się lalkami? Przecież chciałam jej wszystko wynagrodzić.
Chciałam by czuła jaka jest wyjątkowa i jaka kochana. By wiedziała, że to jej zasługa, że  gdyby nie idealna wizja macierzyństwa jaką miałam dzięki temu jaka była- nigdy nie zdecydowalibyśmy się na kolejne dziecko.
Jednak coraz częściej byłam zmęczona. Coraz częściej sfrustrowana.
Coraz częściej zdenerwowana.
I osamotniona w tej nowej wizji rodziny. Osamotniona podobnie jak moja córka.

Minęły trzy miesiące. Uczymy się siebie na nowo.
Są chwile zwątpienia, bólu i łez.
Matka i córka- wyjątkowa więź, którą kruszą codzienne zmagania z życiem.

Wiem, że są wokół mnie mamy, które z zazdrością patrzą na moją dwójkę.
„Udało się wam. Macie parkę.”- mawiają.
Ja zaś z zazdrością spoglądam na siłę relacji między matkami i ich jedynymi dziećmi.
Nie wiem czy podjęłam dobrą decyzję. W moim odczuciu była ona najlepsza z możliwych.
Czy jednak tak jest naprawdę?
Być może nigdy się tego nie dowiem.

 

Izabela Erdmann-Waniewska

Artykuł

No description. Please update your profile.