Pozostań przy mnie

Pozostań przy mnie

Pozostań przy mnie

Są takie chwile, które celowo ukryłam gdzieś w głębi serca.
Chwile do których nie chciałam wracać.
Przez wiele lat żyłam w przekonaniu, że udało mi się uciec przed wszystkim co kosztowało mnie tak dużo.
Uciec przed tym co przypominało mi, że na niektóre sprawy nie mam wpływu.
Odcięłam się zatem od znajomości, które za bardzo przypominały mi chwile mojego dzieciństwa.
Nie sprawiło to jednak, że je wymazałam.

To co przeszłam wraca do mnie każdego dnia.

Są takie sytuacje kiedy cała moja wiedza wydaje się mało znacząca. 
Są takie momenty kiedy zaczynam się zastanawiać czy jestem w stanie pomóc tym, którzy tego wsparcia tak bardzo potrzebują.
Są takie miejsca w których integralność dziecka narusza się kilkadziesiąt razy w ciągu dnia.
Są takie miejsca gdzie bycie przywódcą w rodzinie oznacza posiadanie dwóch twarzy.
Są takie miejsca gdzie rodzice muszą być ponad swoimi granicami.
Gdzie tak ciężko im pokazać prawdziwą twarz. 
Gdzie rodzice muszą być silni bo obok jest ktoś kto bardzo tego potrzebuje.

Dzisiejszym wpisem chciałabym zapoczątkować ważny cykl o rodzicielstwie w murach szpitala. Życie w murach szpitala opiera się na zupełnie innych podstawach, na zupełnie innych wartościach. 
Tam nie ma czasu na krytykę, na ocenianie innych. 
Chcąc przetrwać walczymy. Wszystkimi siłami.

Zapraszam Was do rozmowy z mamą szpitanego dziecka. 
Wiele z treści tej rozmowy wniknęło głęboko we mnie otwierając na nowo niezagojone rany.
Myślę, że warto pozwolić sobie na chwilę reflekcji po przeczytaniu naszej rozmowy. 

I. – Pamiętasz Wasze początki? 

Mama. -Oj teraz to mam wrażenie, że nie było początku choroby.
Mam wrażenie że szpital i choroba jest z nami od zawsze. 
Pamiętam, że nie potrafiłam pogodzić się z tym że to już zawsze będzie i że nie wyzdrowieje nigdy. 
Miałam wtedy duży żal do Boga o to i odwróciłam się od niego.

I. – Co jest najtrudniejsze w byciu szpitalnym rodzicem?

M. – Chodzi o to że gdy w grę wchodzi zdrowie i życie- rodzic nie zastanawia się czy to jest edukacyjne czy coś jest dobre czy złe, bo to się wtedy nie liczy. 
Największym wsparciem są inni rodzice.
Mi na początku takie rozmowy pomagały, później to ja pomagałam a teraz już nie rozmawiam praktycznie z nikim.

To są etapy .
Rozmawiamy o pogodzie lub cenach szynki w sklepie przy szpitalu.

Nie o chorobie.
Ale to dlatego że nasza historia jest bardzo trudna i rodzic, który przyjeżdża na operację z dzieckiem jest pełny nadziei a nasza historia może ją obniżyć.
Tego nie chce więc wolę nic nie mówić.

(…) ważne są też emocje dziecka podczas choroby, jego złość bo ma jej dużo i rodzic w chorobie mówi: Ok możesz zniszczyć zabawki, możesz je rozbić, możesz wszystko jeśli tylko poczujesz się lepiej.
Rodzic pozwala na dosłownie wszystko.
Przestaje wymagać .
Bo choroba.
Wtedy wszystko wygląda inaczej i wszystkie te mądre dotychczasowe rady są na nic.

I. – Zauważasz, że dziecku pomaga?

M.- Myślę że nie.
Bo dziecko widząc że rodzic pozwala na wszystko uczy się to wykorzystywać.

I. -Sądzisz, że wykorzystuje to bardziej niż zdrowe dziecko?

M.- Chore dziecko, które w młodości było we wszystkim wyręczane, przez wiele lat dorosłego życia mieszka z rodzicami.
Nigdy samo nic nie ugotowało, nie umyło okien, bo wszystko robili za nie rodzice. Przecież walczyli o jego życie i teraz mają kazać mu coś robić?
I mimo, że dziecko wyzdrowiało, psychicznie stało się chore, jak i cała rodzina.

I. – U Juula dużo się mówi o przywództwie, takiej przewodniej roli rodzica, o współdziałaniu dziecka z rodzicem. Dostrzegasz coś takiego w waszej relacji?

M.- Dostrzegam i teraz łatwiej mi to widzieć i właśnie te swoje błędy ale nikt mi o tym nie powiedział wcześniej, sama do tego doszłam .
Rodzicowi samemu ciężko jest sobie poradzić z chorobą dziecka a jeszcze przeprowadzić przez nią mądrze dziecko to już prawdziwa sztuka.

I.- Potrzebne jest duże wsparcie bliskich. Uzależnienie od rodziców jest mi dobrze znane. Sama wiele lat z tym walczyłam.
Myślisz, że rodzicom przydałoby się jakieś wsparcie po wyjściu dziecka z choroby?

M.- To właśnie kalectwo zrobione przez rodziców. Myślę, że wsparcie potrzebne jest cały czas. Tylko bardzo trudno znaleźć dobre wsparcie. 
W chorobę ciężko jest wejść ale równie ciężko z niej wyjść. 

I.- Też tak myślę…
A co jest najtrudniejsze w towarzyszeniu dziecku w chorobie?

M.- Ból i łzy. Te fizyczne. Uodpornianie się na łzy dziecka po to by móc mu towarzyszyć. Po to aby z nim być ale nie płakać razem z nim.

I.- A nie masz czasem ochoty zaprotestować?

M.- Mam nieraz. Ale wiem, że jeśli ja będę miała wątpliwości to dziecko jeszcze większe. To jak lustro w powiększeniu. A wiem, że to konieczne. I mimo bólu trzeba to zrobić.

I.- Trzeba mieć w sobie ogromną siłę. I wychodzić z pozycji: Wiem, że musisz, wiem, że to dla ciebie najlepsze.

M.- To nie znaczy, że zgadzam się na wszystko. Jeśli mam wątpliwości rozmwiam o tym z lekarzem na osobności i przy nim mówię o swoich obawach i strachu a nie przy dziecku.

I.- A tych wątpliwości jest pewnie czasami bardzo dużo…

M.-  Jeśli lekarz mnie przekona, że tak trzeba wtedy tak mówię dziecku i mimo płaczu i bólu jestem pewna że trzeba. Dziecko to czuję, wie że boli ale ma pewność że to jest potrzebne.
Wątpliwości pojawiają się często ale to dotyczy dorosłych i trzeba o tym rozmawiać poza dzieckiem.
Ono musi wiedzieć i czuć, że wiemy co robimy.

I. – Ja czasami poddaję się przy zwykłych sytuacjach. Dla mnie zachowanie jak twoje to heroizm. Po sobie widzę, że gdy sama nie zadbam o siebie, o swój rozwój i spokój psychiczny mam dużo mniej cierpliwości do dzieci. 

Co odpowiadasz kiedy dziecko pyta kiedy to się skończy, każdy pobyt w szpitalu to przecież iskierka nadziei, która gaśnie.

M.- Już nie pyta kiedy wyjdzie. Wie, że wyjdzie kiedy będzie dobrze. Samo teraz mogłoby być lekarzem. 

I.- To fakt. A jak to wyglądało na początku? 

M.- Na początku pytało o to…

I.- Wspomniałaś kiedyś, że to dotyczy też innych rodziców, takich których dzieci trafiają do szpitala, nawet mniej chore, na krócej.  Masz dla nich jakąś radę?

M.-  Żeby swoje emocje odłożyć na bok, zapomnieć o sobie na czas choroby a przynajmniej będąc przy dziecku.
Zrozumieć ból dziecka jego uczucia, tęsknoty ale mimo wszystko być tym przewodnikiem o czym pisałaś. To rodzic tu musi wejść mocno w swoją rolę i być pewnym tego co się dzieje, jakie są badania i nawet w tych najgorszych chwilach być obok, przytulać, ale być pewnym że tak musi być, że wrócimy wtedy gdy to będzie bezpieczne. 
A swoje emocje, swój płacz, żal zostawić i nie pokazywać nigdy przy dziecku bo to je obciąża jeszcze bardziej, to ono choruje i ono cierpi fizycznie, czasem naprawdę bardzo i jeśli ono poczuje że to może być niepotrzebne od rodzica będzie cierpiało podwójnie.
Po chorobie zachować pewien okres ochronny a później stopniowo wracać do normalności i mimo że dziecko jest lub było chore ma swoje obowiązki.

I.- Dziękuję ci za Twoje cenne słowa. Muszę je przetrawić bo to trudne.

M.- Ważne by nie zapomnieć, że wracamy do normalności. Trochę innej ale normalności. 

I.- Zaczynam nieco inaczej zerkać na moją mamę uczestniczącą w mojej chorobie. Staram się być przykładem dla moich dzieci jak na przekór chorobie iść w dorosłe życie. Mimo trudów i ciężkich doświadczeń, choć nie takich jak u Was.
Nie miałam aż tak długich pobytów  w szpitalu i takiego okresu oczekiwania choć doskonale pamiętam ten rok w oczekiwaniu na telefon ze szpitala z informacją, że wyznaczono termin na przeszczep. 
Tylko, że ja nie postrzegałam tego jako walki o życie.

M.- Moje dziecko czasami przeze mnie płacze. Bo zmuszam je do chodzenia a boli,  do nauki.  Czasem krzyczy, że jestem bezduszna i chyba jej nie kocham. 
A ja przecież z wygody śpię dla niej na podłodze:)

I.- Ja dążyłam do normalności, ucięłam kontakty z tymi, którzy mi ją ograniczali.

M.- Ta normalność jest potrzebna. I mnie i jej. Takie są do niej kroki.
Dzieci często z wygody się temu poddają. 

I.- Bo dziecku, które cały czas musiało poddawać się woli innych, które cały czas nie miało wpływu na to co się z nim robi. Dziecku które nie miało prawa powiedzieć nie- bardzo trudno to zmienić.

M.- I to rodzic musi być przewodnikem…

I.- To właśnie jest to. Owa integralność, która przez lata była duszona i tłamszona, dla jego dobra. Dziecko przestaje ufać własnym instynktom, własnym odczuciom. Bo jest ktoś inny, kto wie lepiej.

Izabela Erdmann-Waniewska

Artykuł

Mama dwójki energicznych, charyzmatycznych i wrażliwych dzieci: niemal 5 letniej Zosi i półtorarocznego Irka. Z wykształcenia trenerka Family Lab, zajęć marki Sensoplastyka, pedagog specjalny, polonista, księgarz, ekonomista. Z zamiłowania zachłanna obserwatorka relacji międzyludzkich, miłośniczka książek dla dzieci. Staram się wnosić nową jakoś w otaczający mnie świat podkreślając, że to co najważniejsze to bycie autentycznym i wiarygodnym dla naszych bliskich.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.