Wyz(n/w)anie miłości

Wyz(n/w)anie miłości

Wyz(n/w)anie miłości

Scena pierwsza

Każdy dzień zaczyna się podobnie.
Uporczywie budzi mnie lub małego nastawiony przez męża budzik.
On śpi dalej. Mały zrywa się na równe nogi i z uśmiechem na ustach jest gotów zawojować świat.
A ja tylko marzę o tym by jeszcze na chwilę przytulić głowę do poduszki, jeszcze chwilę pospać, choćby do ósmej…
5 rano. Czas zacząć dzień. Ociągam się jeszcze trochę ale mimo wszystko wstaję. Czasem udaje się wziąć poranny prysznic z dobijającym się do drzwi synkiem:)
Szybka kawa- najczęściej wypijana już po tym jak ostygnie, kubek termiczny jakoś znowu poszedł w odstawkę.
Potem śniadanie, chwila zabawy, czasem bajka i nim się obejrzymy mijają kolejne godziny. W międzyczasie pranie, szybkie ogarnięcie domu, jakiś spacer.
Nim się obejrzę jest już popołudnie.
Żyjemy szybko.
Chcielibyśmy zwolnić a jednak nie wiemy w jaki sposób.

Kiedy nadchodzi wieczór i dzieci zasypiają już snem nocnym spoglądam na ich pogodne buźki. Zastanawiam się nad tym kim zostaną. Jak będzie wyglądała nasza relacja w przyszłosci?

Scena druga

Budzę się w nerwach i pośpiechu. Dzieci spały razem z nami. Jestem obolała i brak we mnie empatii i zrozumienia.
W pośpiechu szykuję się do pracy usiłując nakłonić dzieci do współpracy.
Mam wrażenie, że zupełnie mnie nie słyszą.
Są obok a jakby żyły swoim życiem.
Zakładam, że współdziałają z moim wnętrzem. Ja nerwowa i spięta, one zablokowane. Wyłączają nadmiar negatywnych emocji wpadając w regularny, spowolniony rytm.
Im bardziej ja się nakręcam, tym one stają się wolniejsze.
Frustracja rośnie aż w końcu odpuszczam.

Przychodzi wieczór. Staram się by popołudnia były jak najbardziej nasze. Wspólna bajka, rozmowa.
Jednak nie zawsze mi się udaje. Szybko orientuję się jaki jest poziom zmęczenia dzieci i po uwzględnieniu rozkładu naszego dnia wiem już, że jeśli kolacja to teraz i tu, jeśli kąpiel to najdalej za pół godziny a o poczytaniu książki z dziećmi mogę pomarzyć.

Tak często zasypiam z przekonaniem, że z moich planów znowu nic nie wyszło. Czy były zbyt ambitne czy tylko ja tak niedoskonale realizuję swoje cele?
Staram się chociaż złapać jakąś ulotną chwilę.

Podczas oglądania bajki składam pospiesznie pranie, jedząc kolację wertuję skrzynkę mailową sprawdzając na które wiadomości powinnam odpisać od razu a które mogą poczekać.
W międzyczasie odbieram kilka telefonów zapisując w kalendarzu kolejne nazwiska chętnych na zajęcia.
Irek wciska mi się na kolana mrucząc do słuchawki. Zosia z irytacją w głosie jęczy: Oj…mamo…

Zasypiają wtulone we mnie. Czasami kłócą się o to która strona jest bardziej ich.
– Przepraszam Zosiu, że znowu nie byłam całkiem z Wami. Za dużo czasu spędzam z telefonem. Nawet podczas zabawy.
Jutro postaram się go odłożyć i nie zajmować pracą kiedy jestem z Wami.

I wtedy padają te słowa, które rujnują wszystko co sobie w głowie ułożyłam.
Słowa, które są wyznaniem miłości a jednocześnie pokazują mi jak wiele jeszcze muszę zmienić.
– Nie szkodzi mamo. I tak cię kocham. Możesz się ze mną bawić i pracować jeśli musisz.
Rozumiem to.

Czuję jak pękają we mnie resztki złudzeń. Dojrzałość mojej córeczki mnie powala. Jednocześnie mam przed oczami wspomnienia dzieci, które z zaciśniętymi ustami starają się nie uronić choćby kropli łzy w tęsknocie za mamą. Bo nie wypada. Bo dorosłym trzeba wybaczać. Bo dorosłych trzeba rozumieć. Bo dorosłym trzeba się podporządkować.

Chcę dać z siebie więcej. Pogodzić dwie role.
Może się wam wydawać, że wnikam zbyt głęboko, że szukam drugiego dna.  Że przecież to tylko dzieci.
Dzieci są proste.

A moja córka mnie obserwuje. Z fascynacją i zachwytem.
Czasami ze łzami w oczach i frustracją bo nie rozumie skąd we mnie tyle niezrozumienia dla jej słabości.
Spogląda na mnie tak jak ja kiedyś spoglądałam na moją mamę.
Ocenia, kalkuluje czy warto w przyszłości być jak ja.
Czy mama ma czas dla niej, dla siebie?

Gdybym mogła na chwilę stanąć obok siebie i spojrzeć na to kim się stałam pewnie byłabym przerażona.
A jednocześnie wiem jak długą i krętą drogę już pokonałam.
Jak wiele napotkałam trudności i ile osiągnęłam.
Przede mną zapewne jeszcze więcej nierówności.
Tyle, że mam już świadomość moich błędów.
I nie dotyczą one moich dzieci a mnie.
To przede mną najtrudniejsze wyzwanie. Wyzwanie miłości.
Na czym polega?
Na tym by być z nimi i dla nich.
Nic więcej.

Izabela Erdmann-Waniewska

Artykuł

Mama dwójki energicznych, charyzmatycznych i wrażliwych dzieci: niemal 5 letniej Zosi i półtorarocznego Irka. Z wykształcenia trenerka Family Lab, zajęć marki Sensoplastyka, pedagog specjalny, polonista, księgarz, ekonomista. Z zamiłowania zachłanna obserwatorka relacji międzyludzkich, miłośniczka książek dla dzieci. Staram się wnosić nową jakoś w otaczający mnie świat podkreślając, że to co najważniejsze to bycie autentycznym i wiarygodnym dla naszych bliskich.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.